Parszywa dwunastka (...bez ośmiu)
Kłopoty natury wojskowej? Electronic Arts mają idealne rozwiązanie przy pomocy nie tak znów idealnego towarzystwa. Jeśli więc masz kłopoty, nikt inny nie może ci pomóc, a ty potrafisz ich znaleźć - może wynajmij Drużynę... B?
Battlefield: Bad Company doskonale wie, czym jest. Już na początkowym etapie gry w tle pojawia się rozmowa dwóch spośród głównych postaci, które poważnie pytają się, za co walczą na wojnie, na której się znaleźli. Nie znajdując porządnego powodu, jeden z nich wzdycha i narzeka: "Jest nas parę tysięcy w Europie i wysadzamy różne rzeczy w powietrze." Jak odpowiada mu kompan?
"Aha. Spoko. Dobra."
DICE wchodzi do gry.
Jak widzicie w tej rozmowie, dewelopera Digital Illusions CE (DICE) nie interesuje poważna, ponura i surowa wojna. Battlefield: Bad Company zdaje sobie sprawę z tego, że jest grą komputerową i z przymróżeniem oka wpisuje się w konwencję FPP. Gra prezentuje bardziej beztroskie spojrzenie na zdominowany przez poważne i napuszone tytuły gatunek, wykpiwając stereotypy, podobnie jak filmy Złoto dla zuchwałych i Złoto pustyni.
Bez wątpienia, Bad Company podchodzi z ironią do siebie, nie wyszydzając ani swej publiczności, ani wojny jako takiej. Można to zauważyć już w menu głównym, w którym muzyka - zamiast spodziewanego Sturm und Drangu trąbek i werbli, wita gracza gładkimi nutami jazzowego numeru na fortepian i skrzypce.
Nie próbując konkurować z innymi tytułami, gra lekko wprowadza gracza na własne poletko. Chociaż Battlefield: Bad Company pokazuje bezsens i cierpienia wojny, zdaje sobie też sprawę, że... gracz po prostu chce widowiskowo wysadzać różne rzeczy w powietrze.
"Nie musisz korzystać z drzwi, zrób sobie własne!"
Fabuła ukazuje fikcyjny konflikt z Rosją, skupiając się na perypetiach oddziału złożonego z niesubordynowanych wyrzutków (zwanego kompanią B, stąd tytuł), który ma służyć za mięso armatnie. Przygody czteroosobowego oddziału rozpoczynają się, kiedy trafia na złoto najemników i jego członkowie postanawiają, że wolą pracować na własny rachunek.
Bad Company, osadzona w szczegółowym i przepięknym świecie pełnym roślin, wody i budynków szybko spełnia swoje obietnice, pozwalając ci widowiskowo wysadzać wszystko w powietrze. Drzewa padają, budynki obracają się w perzynę, kwiaty i trawa są siekane na strzępy - czy tego chcesz, czy nie. Widok zapiera dech w piersiach.
Ten element gry dodaje twoim poczynaniom wymiaru taktycznego (zarówno w kampanii dla pojedynczego gracza, jak i w cudownie obszernym trybie sieciowym dla 24 graczy), powodując, że na osłonie nie można polegać wiecznie, a oblicze potyczki co rusz się zmienia, kiedy dziury w dachu tworzą stanowiska snajperskie, ściany walą się od wybuchów, a całe pole walki zmienia kształt.
W dobrej Kompanii
Ulegające deformacji otoczenie zmienia oblicze typowej strzelanki FPP i doskonale wpisuje się w komediowe podejście do gatunku, w którym, między innymi, ostrzeliwujesz z artylerii konwoje, podkładasz ładunki wybuchowe, rozbijasz się wieloma pojazdami (w tym furgonetkami, czołgami i... wózkiem golfowym), patrzysz jak sterowani przez SI kompani grają w papier-nożyce-kamień w generowanych w czasie rzeczywistym przerywnikach.
Biorąc pod uwagę rodowód serii Battlefield, nie powinno dziwić, że tryb dla wielu graczy jest fantastycznie dopracowany. Przyjazny interfejs i inteligentna, intuicyjna rozgrywka pozwalają zabłysnąć bogatym i zróżnicowanym niuansom Bad Company.
To wielka porcja głośnej, świetnej zabawy, dająca nowe spojrzenie na gatunek strzelanin FPP, bo stanowczo nie chce brać się na serio, ma dobrze napisaną fabułę i doskonale się prezentuje zarówno dźwiękowo, jak i graficznie. Bad Company? Bardzo chętnie.